and she's back....
To nie tak, ze lubie jak jest wiecej. To nie tak, ze czerpie jakas super masochistyczna czy/I sadystyczna przyjemnosc z bajzlu, jaki dzieje sie wokol mnie. Tak to juz jest.
Miedzy sylwestrowym Loikiem I podejrzeniem/plotkami, ze spalam z jakby polowa kolesi w domu nr 3 ambasady amerykanskiej, tak naprawde bylam grzeczna I mila, no I nie duzo bardziej fucked-up niz zwykle.
Tyle ze potem potrzebowalismy appro finansowego do Sam I nikt z naszej ekipy nie lecial tam tego pieknego dnia. Wiec telefon do szefa HAS I jego: dam ci numer do kapitana, jemu mozesz ufac. Prosilam tylko o kogos, godnego zaufania, a nie kogos kto stalby sie moim przyszlym bylym. “Los (wtf?)” chcial inaczej. Wiec mam swojego pilota. Wiec mam kolejny bajzel. Bo on jest à fond a ja nie wiem czego chce. Bo dla niego to normalny zwiazek, a przeciez ja nie znam slowa « normalny ».
I podobno: “swiecicie I promieniujecie, jak jestescie razem… poza momentami, gdzie ty jestes na dystans, a on jest zagubiony, bo nie wie, co sie dzieje w twoim popierdolonym mozgu. I ranisz go, a przeciez nie chcesz.” Tak, te moment dystansu to moja fucking professional side – nie afiszujemy sie gdy wokol sa ludzie, z ktorymi pracuje. Tyle tylko, ze tych momentow jest duzo wiecej, niz tych, gdzie w spokoju mozemy cieszyc sie soba w gronie pilotow I kilku moich “zaufanych friends”.
I to bylo jakos w styczniu…
A potem? Potem LOS (wtf?) chcial inaczej.
Bo byla Uganda I czas na myslenie. Ewoluowanie w dwoch przciwnych kierunkach nie moze dac dobrych rezultatow. On poszedl w moim kierunku, ja poszlam w jego. Teoretycznie, gdyby swiat byl dobry, sprawiedliwy, a nie sucks and full of zasadzkas… - spotkalibysmy sie gdzies w polowie drogi, zeby znalezc teoretyczna rownowage. Ale tylko teoretycznie. Czasami pojscie w strone drugiej osoby oddala nas bardziej niz przybliza. Wiec awkward, awkward, ale tylko do czasu. Bo gdzies miedzy wszystkimi kretynstwami mozliwymi do zrobienia, zdecydowalam, ze czas “dojrzec”. Pare godzin rozmowy moze nas przyblizyc, choc nie gwarantuje niczego. Pozorna rownowaga przywrocona I jego break. Miesiac – to duzo? Malo? W zaleznosci od tego, co czeka nas potem…
Wyjechal, a ja zostalam. Craquage byl nie do unikniecia. Nie dlatego, ze “moj pilot” zniknal z horyzontu, tylko dlatego, ze problem za problemem na misji, sen po 2 godziny na dobe I potrzeba bliskosci I zmiany registru. Po tygodniu byl Isham. I znowu w “naszym miejscu” DJ krzyczal do mikrofonu nasze imiona, I znowu “rodzina” byla w komplecie. I jeszcze pare innych razy, az jego sceny zazdrosci staly sie nie do zniesienia, az przeciagnal strune tak, ze pekla I nie naprawi tego juz nigdy. Problem solved. Nareszcie, na zawsze.
Tyle tylko, ze kolejna konfiguracja mundorow zaatakowala, I awkward situations miedzy basenem, telefonami, kolacjami I sokami z mang, zeby skonczyc, jak wczesniej. Noc w burzujskiej dyskotece, tylko my jako jedyni klienci I obsluga. Nic sie nie stalo, bo przeciez, ja jestem freak control, a on musi sie dostosowac. Merci pour tout et surtout que t’aies pas craqué. Normal, non?. Nigdy sie nie zdarzy.
No i gdzies byl Gio. Kolejny wypadek przy pracy – tak jak kiedys gdzies tam w tamym roku. Bez konsekwencji, bez zbednych tlumaczen.
Ale w tym wszystkim, w tym calym bajzlu – nic nie bylo grozne – choc moglo.
Niebezpieczne, czy raczej katastroficzne w skutkach bylo co innego. Ekipa pilotow zostla na obrazku – bo gdzies przez nich, on byl obecny. Ich dom, ich basen, ich taras z widokiem na plac centralny stolicy. I oni – état d’esprit I jakos przez “procuration” jego niematerialna obecnosc. Tyle tylko, ze wsrod tego wszystkiego Jako stal sie bliski. Wzajemna troska, rozmowy, ktorych nigdy nie mialam z “moim pilotem”, marzenia, obawy i margarity z sesjami karaoke, zeby wyspiewac cala radosc czy smutek. Nigdy nie pytal o stan zaawansowania calego bajzlu z “moim pilotem”, nigdy nie pytalam o stan jego malzenstwa. Chcialam tylko wiedziec, jak znosza rozlake. On chcial wiedziec, czy “znalazlam juz kogos, dla kogo bylabym w stanie poswiecic w jakims stopniu moje zycie profesjonalne”. Mowilam juz o ewoluowaniu w roznych kierunkach? Idea zostania tutaj, w jakims stopniu “dla niego” przeszla mi przez glowe I nawet zostala. Ale tego nie moglam powiedzic Jako – przeciez jest copilotem “mojego pilota”, przeciez mowia sobie wszystko… Wiec temat nie istnial. Bylo prosciej mowic o nas, bo przeciez nasze “drugie polowki” nie byly nawet tutaj. Tyle tylko, ze z boku, przynajmniej dla niektorych I szczegolnie dla tych, ktorzy nie mieli zadnego prawa sie mieszac, wygladalo to inaczej. I ok, moglo. I po interwencji (nieproszonej) Adé, kontakt sie urwal. Bez slowa, bez wytlumaczenia. Bylo niebezpieczne? Bylo na granicy szkod nieodwracalnych? Bylo malsain? Tak, bylo to wszystko. Ale nic sie nie stalo. Nasza “dojrzalosc” I minimum odpowiedzialnosci za nas samych I w stosunku do “êtres aimés” (ou en tout cas importants) wziela gore. Tyle tylko, ze poza nami, nikt o tym nie wie.
- Musze ci cos powiedziec…; mowi; odchodze; nie idzie za mna ; powinien byl
Si t’es pas sage tu vas finir toute seule. Hum, c’est déjà le cas. Une 10aine des mecs qui courent après moi et lui, et lui apparaît. Nie prosilam. Po prostu pojawil sie znikad. I powiedzial : alors demain on va danser ensemble. I chyba wlasnie to jest najgorsze. Znowu wybiera kurwy, znowu jest soba, znowu boli tak bardzo, ze ciezko to opisac. Faceci wola blondynki ? chyba tak… i potem bol jest nie do zniesienia, tak bardzo do zniesienia, ze Adel wystarcza. I ten ‘Good drink’, I Remi I Vincent, I Willy, I Ronan, I wreszcie ten funny guy z HQ. I whisky, jeszcze I jeszcze. Az nie bede juz czula nic. Az zapomne jak bardzo bolalo w Czadzie, az zapomne, jak bardzo boli teraz.
Mowie: c’est un pluque, mowie, c’est un alcoolo, mowie, c’est uniquement dans ta tête. Tyle tylko, ze to wszystko to bzdury. Tak bardzo cierpialam przez ciebie, kiedy bylismy w HH, kiedy w piepszone Walentynki przyniosles mi pudelko z trawa i nie zamieniles ani jednego slowa oprocz : happy valentine’s day. Kiedy Pat prowadzil negocjacje, zebysmy znowu mogli byc nami, kiedy tak bardzo bolalo, kiedy nie rozmawialismy juz w ogole a M0 stawal sie jedynym compagnon i kiedy wreszcie rozstawalismy sie, to bylo tak, jakbysmy sie nie znali.
I potem tutaj, moj przyjazd, pare miesiecy twoj wyjazd i w miedzyczasie pare zdan wymienionych z przymusem. Ale nic to, za niecaly tydzien juz cie tu nie bedzie. I przeciez skonczyles z tym swiatem, wiec nikle szanse, zebysmy sie jeszcze spotkali…
I oprocz tego : blokada miedzy sierpniem i listopadem. Zaraz przed wyjazdem maly craquage z Malym Mikolajem. To tak, jak wrocic do domu, to tak jak, przeszlosc nigdy nie zostaje w przeszlosci. Ale czasy sie zmienily. I on tez. Dzieki niebiosom.
Tydzien miedzy Paryzem I Londynem, malo snu, duzo zdjec, alkoholu i brak odpowiedzi. Kurewski maktub czy moze tourbillon de la vie? Na zadne sie nigdy nie zgodzilam. Tylko czy mialam wybor ? Monet, moja milosc i fotografie Kertesz. Samotnosc, bol I milosc. Widelec mnie nie zafascynowal…
i potem powrot. I tourbillon du n’importe quoi. Dlaczego ? Ciagle nie wiem. Beaujolais nouveau i tu chyba zaczal sie calkowity fuckup. Miedzy goscmi, wymiana usmiechow i dyplomatycznego blabla, rozpoczal sie trojkat na dwa mundury i paczke smsow. Nie powinnam byla przyjezdzac, nie powinnam byla pisac : wait for me. Nie powinnam byla opuszczac fancy party na rzecz karmesu bez zadnego sensu. I potem poszlo szybko I w bardzo zlym kierunku. Anto, ‘cause felt right and we couldn’t feel guilty i glupia wymiana informacji z tym od dobrych drinkow, gdzies o polnocy, w najlepszej dyskotece w miescie, chociaz dobrze wiedzialam, ze na wymianie sekretow sie nie skonczy. Durna ciekawosc jak zwykle zwyciezyla. Nie zakonczyla sie po jednym razie, bo byloby za prosto. Wiec trzeba bylo ciagnac dwa kretynstwa rownolegle, zeby zobaczyc, co sie bedzie dzialo potem. I zobaczylam. Nie bylo to ladne.
I po szalenstwie, kiedy zaczynalam sobie mowic, spokojnie, to juz przeszlosc, on musial rozdrapac wszystkie rany. Kiedy wracasz? I blabla przed I blabla po.
I potem maly akcent kretynstwa w postaci Adela w dwoch odzielnych dawkach. zeby tylko powiekszyc bajzel, tylko zeby Willy I Rami poszaleli ze zlosci. I tym ostatnim razem zranilam go chyba bardziej niz przez miesiace engeuelades, nie chcialam, ale dobre intencje nie pokrywaja sie ze szlachetnymi czynami. I ten Funny Guy z HQ – dwa tygdonie psychoanala tylko po to, zeby powiedziec: jestes miloscia; tylko po to, zeby powiedziec: jesli tu wroce, czy ty tu jeszcze bedziesz? I
Carlos pisze: co ty tam jeszcze robisz? Z drugiej strony globu dzieje sie wiecej, jest wiecej potrzeb I dawna ekipa prawie w komplecie.
Co ja tu robie? Bajzel ? W glowie – mojej, w zyciu – innych. Ranie, zeby zapomniec jak boli. Bawie sie, sprawdzam, udowadniam, tylko po to, zeby nad ranem potwierdzic, ze ciagle nie zapomnialam. Wiem juz, ze nie moge miec obojga – jego i pracy. Madry HoM powiedzial mi pare miesiecy temu – nigdy nie stawiaj kogos ponad twoja prace. Nie postawilam. Tylko ile kretynstw bede musiala jeszcze zrobic, zeby przyznac, ze zle uhierarchizowalam priorytety?
Of course I couldn't.
Truth is, everybody is going to hurt you; you just gotta find the ones worth suffering for.
Next time you should know better. Next time maybe you will.
Eric Satie - still and forever.
How to cope?
You can't.
Europe in few days! Finally!
for one week but still!
Je craque...